Przejdź do treści głównej

Metoda sudoku

Minimalistyczna garderoba wakacyjna — 10 starannie dobranych ubrań ułożonych według metody sudoku

Buy less, choose well, make it last.

Vivienne Westwood

Od dłuższego czasu zbierałam się do napisania tego artykułu. Wciąż miałam wątpliwości — czy ma sens kolejny post mówiący o tym samym? Ale z drugiej strony miałam w sobie coś w rodzaju złości, która mówiła: usłyszcie to przesłanie, zobaczcie to, dlaczego to sobie robimy.

Nie jestem bez winy

Ten artykuł nie jest szczególnie górnolotny — mówi o ubraniach i o tym, ile tak naprawdę ich potrzebujemy. Ale temat wykracza daleko poza samą szafę. Bo nie tylko ubrań potrzebujemy mało — podobnie jest z jedzeniem w lodówce, rzeczami w domu, gadżetami, technologią i całą resztą.

Nie czuję się jakoś szczególnie uprawniona do pisania o tym, bo zdaję sobie sprawę, że sama nie jestem bez winy. Też potrafię — pod wpływem mody, pod wpływem emocji — kupić rzeczy, których wcale nie potrzebuję. Może teraz mniej dotyczy to kwestii ubrań, ale wiem, że w innych sferach życia bywa różnie.

A jednak mam potrzebę powiedzenia tego głośno: naprawdę nie potrzebujemy tylu ubrań. Wiele z tych, które teraz są modne i na czasie, nie przetrwa nawet do przyszłego roku. I nie chodzi tylko o jakość — choć jakość ubrań ostatnio też nie powala — ale o to, że wiele z nich jest tak udziwnione, że za rok po prostu będziemy się wstydzić w nich wyjść. Jak z tymi futrzanymi butami, które były modne przez jeden sezon zimowy, kosztowały mnóstwo kasy, a potem nikt już nie chciał w nich wychodzić, bo wyszły z mody.

Metoda sudoku — co to jest?

Jakiś czas temu na YouTubie i Instagramie bardzo popularna była metoda sudoku. Opiera się na ułożeniu bazowej garderoby w formie siatki 3×3, czyli dziewięciu elementów: trzy topy, trzy rzeczy na dół (spódnice lub spodnie) i trzy warstwy wierzchnie — żakiety, bluzy, swetry. Dobrane w taki sposób, żeby dobrze się ze sobą łączyły i dawały jak najwięcej kombinacji.

Nie będę tu szczegółowo omawiać tej metody — myślę, że świetnie zrobiła to Miss Louie w swoim wideo na YouTubie, z którego też czerpałam inspirację. Według tej metody z 9 elementów można w podstawowej wersji ułożyć 7 różnych outfitów, w nieco bardziej zaawansowanej — około 16, a Miss Louie pokazuje, że można dojść nawet do 27 kombinacji. 27 kombinacji to jest prawie cały miesiąc 🤯

Mój eksperyment — 10 elementów na dwa tygodnie

Postanowiłam przeprowadzić mały eksperyment: jadąc na dwutygodniowe wakacje, wzięłam ze sobą 9+1 ubrań. Ten “+1” to była sukienka — bardzo chciałam zabrać ze sobą chociaż jedną 😊

Łącznie miałam 10 elementów, z których ułożyłam 18 kombinacji outfitowych. Dwa tygodnie to 14 dni — 18 kombinacji było więc w zupełności wystarczające. Do tego spakowałam 2 pary butów (sandały i adidasy), czapkę i torebkę. I tyle. I wyjechałam.

Żeby to wszystko dobrze poukładać, korzystałam z aplikacji Indyx, która towarzyszy mi już od dłuższego czasu. Mam tam wszystkie elementy garderoby i mogę tworzyć kolekcje — w tym przypadku kolekcję wyjazdową, gdzie widzę jednocześnie wszystkie elementy i outfity z nich wynikające. Moje ubrania możesz też podejrzeć na moim open closet — linki poniżej:

Poniżej zamieszczam zdjęcia elementów, które zabrałam ze sobą, i outfitów, które z nich powstały.

Mój zestaw ubrań i strojów - metoda sudoku

Co wyszło dobrze

Mogę powiedzieć, że przez te dwa tygodnie ani razu nie miałam poczucia, że mam za mało ubrań. Wręcz przeciwnie — miałam wystarczająco. Czułam się bardzo lekko z tą małą kapsułą ubraniową i nie musiałam w ogóle myśleć o tym, w co się ubrać. Kilka zabranych ze sobą rzeczy ➕ sprawdzenie bieżącej pogody ➡ decyzja gotowa.

Co ważne — wzięłam ze sobą elementy, w których naprawdę dobrze się czuję. Dobrze uszyte, w większości z przyzwoitego składu. Nic mnie nie ściskało, nic nie uwierało. I takie — moim zdaniem — powinny być nasze szafy: złożone tylko z rzeczy, w których czujemy się komfortowo.

Co nie wyszło idealnie

Nie chcę udawać, że było idealnie — bo nie było.

Pierwsza sprawa: nie zabrałam ubrań na górską noc. W trakcie wyjazdu spontanicznie zdecydowaliśmy ze znajomymi, że pójdziemy w góry obserwować zaćmienie słońca, a potem Perseidy. Wróciliśmy około 23:00. W górach, nocą, brakowało mi ciepłych dresowych spodni i bluzy — pożyczyłam coś od znajomych. Ale to był jedyny moment, kiedy moja kapsuła mnie zawiodła. I rozumiem to — nie planowałam nocnych wypraw w góry, więc trudno się tu przyczepić.

Druga sprawa: pod koniec wakacji poczułam lekkie znudzenie tymi samymi ubraniami. Nie w sensie „nie mam się w co ubrać” — tylko w sensie „znowu to samo”. Ciekawe jednak, że to znudzenie uruchomiło we mnie kreatywność. Zaczęłam inaczej stylizować te same elementy — podwijać rękawy, zawiązywać apaszkę, inaczej wsadzać bluzkę do spodni. Nuda zamieniła się w ćwiczenie z kreatywnością 🙂

Wnioski

Nie żałuję tego eksperymentu. Jestem z niego zadowolona.

Ten wyjazd sprawił też, że chcę znów przejrzeć swoją szafę i prawdopodobnie zrezygnować z kolejnych elementów — tych, w których nie czuję się komfortowo albo które z jakichś powodów mi nie pasują. Chcę, żeby moja szafa była coraz bardziej moja. I żebym coraz rzadziej kupowała nowe rzeczy z poczucia, że „nie mam się w co ubrać”.

Bo mamy się w co ubrać. Po prostu nie zawsze to widzimy.

A Ty — próbowała_eś kiedyś czegoś podobnego? Masz swój sposób na minimalistyczną szafę? Daj znać w komentarzach, chętnie poczytam o Twoich doświadczeniach!

Trzymaj się! 🌿